09-06-26

Doorg zmienił serwer i domenę

Niedawno pisałem o różnych drogach rozwoju NDO. Teraz właśnie Doorg wkracza na nową drogę, przenosząc całą dotychczasową bazę danych na nowy serwer i nową domenę.

Kulisy tych przenosin odpowiadały z grubsza ostatnim zjawiskom atmosferycznym: były burzliwe i pełne grzmotów. To był właśnie czas, te ostatnie dwa tygodnie, kiedy ostatecznie kształtowała się grupa decyzyjna. Na początku (w październiku 2008 r.) uzgadnialiśmy, że będziemy tworzyć Radę Autorów. Rada Autorów miała być wybierana co jakiś czas przez wszystkie osoby zaangażowane w projekt, tj. Banitów, biorących udział w dyskusjach na zamkniętym forum. Warto przypomnieć, że jeszcze w zeszłym roku uformowała się rzeczywiście Tymczasowa Rada Autorów, której skład jednak nawet po wyborze się zmieniał. W pewnym momencie paraliż opanował wewnętrzną pracę Doorga. Ktoś musiał w tej sytuacji przejąć dowodzenie. Już wcześniej wotum zaufania większości Banitów otrzymał Maciek Lewandowski. On też, w wyniku ostatnich wydarzeń, stał się osobą faktycznie zarządzającą serwisem. I powinien nią zostać, jako rzeczywisty inicjator goździkowej rewolucji.

Kiedy doszło do realizacji projektu i inauguracji nowego serwisu, wówczas nieformalna jeszcze grupa zarządzająca wybrała moderatorów. Głównym kryterium wyboru nie była jednak merytoryczna ocena dorobku autora-banity, a jego poglądy na dziennikarstwo obywatelskie. W ten sposób Doorg zapewnił sobie homogeniczność grupy moderatorskiej, ale jednocześnie wykluczył większą różnorodność spojrzeń i prawdziwą wewnętrzną dyskusję na temat dziennikarstwa obywatelskiego, która toczy się zresztą od niemal początku istnienia tego zjawiska w Polsce (2006).

Także moje "nieprawomyślne" poglądy na dziennikarstwo obywatelskie wykluczyły mnie z grupy trzymającej moderację, jak nazwałem swego czasu to szacowne grono. Między innymi chodzi o to, że nie zgadzam się z tezą, że dziennikarz obywatelski musi być zawsze obiektywny i bezstronny.

Jeśli chodzi o obiektywizm, to w dziennikarstwie można jedynie (i powinno się) do niego dążyć. Siła mediów obywatelskich może jednak tkwić, moim zdaniem, w subiektywnym ujęciu tematu. Obiektywizm jako zasadę numer jeden lansować mogą ci, którym zależy na tym, żeby dziennikarstwo obywatelskie nie zagroziło pozycji tradycyjnych mediów. Stawiają więc dziennikarstwu obywatelskiemu wymóg obiektywizmu, w rzeczywistości niemożliwy do zrealizowania, jeśli ktoś pisze jako obywatel, a nie dziennikarz. Co więcej, w rezultacie powstaje paradoks: tradycyjne media pod pozorem obiektywizmu stają się coraz mniej obiektywne, a coraz bardziej stronnicze, a dziennikarstwo obywatelskie, kojarzone tak czy inaczej przez mainstream z amatorszczyzną i brakiem obiektywizmu, ma być ideałem obiektywizmu... Występuje więc rodzaj sprzężenia zwrotnego, które działa na korzyść dziennikarstwa obywatelskiego, ale dopiero w dłuższej perspektywie czasu. Coraz więcej czytelników będzie chciało po prostu poczytać obywatela Tego Atego, niż redaktora Tego Tamtego, bo obywatel Ten Aten, choć jasno opowiadający się po czyjejś stronie (na przykład w sporze między władzą gminy a wspólnotą mieszkaniową itp.), stara się trzymać się zasad, których każdy dziennikarz trzymać się powinien, a redaktor Ten Tamten stara się tylko udawać, że tych zasad się trzyma. Zatem nie obiektywizm, a przedstawienie (choćby w formie skrótowej) racji strony przeciwnej, powinno być regułą.

Wymaganie od dziennikarza obywatelskiego bezstronności jest już kompletnym nieporozumieniem. Jednym z podstawowych praw obywatelskich jest angażowanie się w różnego rodzaju formy aktywności i działalności społecznej. Stając się członkiem jakiejś grupy, czy społeczności (na przykład stowarzyszenia, komitetu itp.), obywatel staje się automatycznie stroną - na przykład w sporze z władzą samorządową itp. Jeśli jest dziennikarzem obywatelskim, jego prawem jest opisać sprawę tak, by przedstawić i poprzeć racje, które uznaje. Dzięki temu można dziś w prosty sposób zadać publicznie pytania o sprawy, które leżą w interesie danej społeczności. Zwykle pod takimi tekstami pojawiają się komentarze drugiej strony, które zarzucają autorowi stronniczość, jak choćby w przypadku materiałów Andrzeja Pieczyraka, Dziennikarza Obywatelskiego 2008 roku w konkursie Wiadomości24.pl. Ale jakiż to zarzut w sytuacji, kiedy autor walczy o sprawy ważne dla danej społeczności, musząc się choćby zmagać z urzędnikami różnych szczebli? Urzędnikowi też nikt nie zabroni pisać i publikować w internecie...

Pomimo różnych zastrzeżeń, będę obserwował Doorga z życzliwością, jako alternatywę wobec serwisów KDO. Jak wyglądają te ostatnie? No cóż, porównajcie schemat przedstawiający dziennikarstwo internetowe wczoraj a dziś ze stroną główną Wiadomości24.pl. Doorg będzie taki, jacy będą autorzy publikujący w serwisie. Czy zasłuży sobie na nowe rozszerzenie .info, jak również na dziennikarstwo obywatelskie w nazwie? Czy przyciągnie takich autorów, którzy nie będą obawiać się dobierać do prawdy? Czas pokaże...

09-06-25

Przerób ćwikły na polskich drogach

Dolny Śląsk. Małopolska. Beskid Żywiecki. Podhale. Gdzie ostatnio się nie ruszę, widzę to samo na naszych drogach. Widzę śmierć w oczach kierowcy jadącego z naprzeciwka samochodu, który musi zjechać na pobocze, żeby potencjalny morderca jadący równolegle ze mną zmieścił się "na trzeciego". Widzę ślady po zdzieranych oponach i odłamki tłuczonego szkła. A czasem widzę też krew.

Niestety, tak wyglądają polskie drogi. Z dreszczem myślę o chwili, kiedy będziemy mieli pełną sieć autostrad i dróg ekspresowych. Jeśli do tego czasu nie zaostrzy się w Polsce radykalnie kar za przekroczenie prędkości i jazdę po pijaku, to czeka nas prawdziwy koszmar. W krajach skandynawskich poradzono sobie z tym problemem w prosty sposób: na kierowców łamiących przepisy nałożono drakońskie kary finansowe. W związku z tym Polak w Norwegii doznaje wciąż zdumienia, kiedy stoi przed przejściem dla pieszych, a samochody jadące z obu stron zatrzymują się i nie ruszą, póki nie przejdzie.

A zatem po pierwsze - naprawdę wysokie kary. A może to za mało? Znajdą się pewnie kombinatorzy, którzy nie zapłacą... W takim razie za przekroczenie prędkości o sto procent wprowadźmy kategorię: usiłowanie morderstwa z wpisem do akt. Może to położy tamę szaleństwu na naszych drogach i będziemy rzadziej czytać doniesienia tego typu:
Aż siedmioro Dolnoślązaków zginęło w ten weekend na drogach. Najtragiczniej skończyła się podróż trzech dwudziestoparolatków z Wrocławia, którzy tuż pod swoim domem przy ul. Mickiewicza zginęli we wraku płonącego auta.
(Janusz Krzeszowski (naszemiasto.pl). Weekend na drogach Dolnego Śląska: siedmiu zabitych

Druga sprawa to kultura jazdy. Nawet wizja koszmarnych konsekwencji nie nauczy posiadaczy samochodów zasad życzliwości. To już jest prawdziwy problem: co zrobić z ta bandą buraków, która zagłusza swoje chamstwo głośnym upc-upc? Potrafią się przeciskać między pieszymi przechodzącymi na pasach na zielonym świetle. Potrafią przejeżdżać na czerwonym świetle i stać następnie na środki jezdni tamując kompletnie ruch. Potrafią trąbić na rowerzystę jadącego ścieżką rowerową przez skrzyżowanie. Potrafią wreszcie przy tym wszystkim wychylić się ze swojej wypasionej lub, co gorsza, zdezelowanej bryki i puścić wiązankę tak czystą, jak powietrze ze starej dętki.

Jaki jest sposób na buraki? Ćwikła lub barszcz. Ale czy pomoże ochrzan lub wlanie w d..., o przepraszam, w zupę? Wątpię. Bo u nas jest kult szybkiej, agresywnej jazdy, wyznawany jednogłośnie przez dealerów motoryzacyjnych, znane postaci pop-kultury, wielu publicystów i parlamentarzystów i kibiców Kubicy. Szkoda, że nie ma takiego samego kultu dobrej nawierzchni i sensownych znaków i przepisów drogowych. Dopóki taka sprzeczność będzie istnieć w mainstreamie, dopóty chaosu na polskich drogach nie da się ogarnąć.

09-06-18

Problemy niekorporacyjnego dziennikarstwa obywatelskiego (NDO)

Jaki może być problem NDO? Taki, że nie opiera się ono na fundamencie żadnej korporacji. Im dłużej uczestniczę w powstawaniu serwisu Doorg, tym lepiej rozumiem, że takie projekty, jak Wiadomości24.pl, iThink, czy Interia360 już dawno przetarły szlaki, którymi i tak Doorgowi wypadnie w mniejszym lub większym stopniu podążać.

Kwestie finansowe i inne

Okazuje się, że założenie i prowadzenie prostej, schludnej strony internetowej, na której będą mogli publikować dziennikarze obywatelscy wiąże się z minimalnymi kosztami finansowymi, przynajmniej na początku. Jest to w zasadzie koszt wykupienia na określony czas domeny, czyli kilkadziesiąt złotych. Pod jednym warunkiem: wielkiego wkładu pracy "w czynie społecznym" wszystkich zaangażowanych w projekt. Jeden jest od koncepcji i wymyślania nazwy, drugi zajmuje się domeną, trzeci tworzy skrypt, czwarty, piąty i szósty wymyślają działy. Wszyscy publikują, żeby strona ujrzała światło dzienne nie jak tabula rasa, ale zapełniona treścią. Daje to też do zrozumienia, jak niskie koszty ponosi koncern medialny, uruchamiając na swoich stronach serwis korporacyjnego dziennikarstwa obywatelskiego (KDO) i jak to jest opłacalne!

Siłą rzeczy, gdy trwa praca nad tworzeniem serwisu i gdy wreszcie serwis zostaje "postawiony", i udostępniony czytelnikom, pojawia się dyskusja na temat źródeł jego finansowania. Korporacje nie mają z tym absolutnie żadnych problemów. NDO stoi przed wyborem kilku możliwych sposobów finansowania: stowarzyszenie lub fundacja finansowane ze składek lub datków; dobrowolne wpłaty; reklamy w serwisie. Pierwsze rozwiązanie wydaje się najlepsze, jednak pod warunkiem, że znajdzie się podmiot lub instytucja, która w ramach zaangażowania w ideę budowania społeczeństwa obywatelskiego zdecyduje się wesprzeć projekt, udostępniając naprawdę dobre serwery. Tak jest choćby w przypadku wrocławskiej strony Hydral.pl, będącej własnością stowarzyszenia Wratislaviae Amici i korzystającej z serwerów Hydralu. Drugie rozwiązanie może być traktowane tylko jako tymczasowe. Trzecie może z pewnością przynieść największe zyski, ale też bezpośrednio zagraża idei NDO. Wydaje się, że jedynym dopuszczalnym typem reklam w serwisie NDO są reklamy w jakiś sposób pożyteczne społecznie (np. organizacji, na które możemy przekazać 1 procent naszego podatku itp.). Jest wreszcie czwarta droga - sprzedanie serwisu, który odniósł sukces. Będzie to, rzecz jasna, koniec NDO i przejście na stronę KDO. Oczywiście te wszystkie problemy pojawią się wtedy, kiedy strona stanie się bardzo popularna i będzie odwiedzana przez setki tysięcy użytkowników. Ale chyba po to zaczyna się projekt, żeby odniósł sukces, nie?

Moderacja

Użytkownicy internetu mają ambiwalentny stosunek do moderacji. Z jednej strony często słychać, że to złagodzona forma cenzury, z drugiej, że sposób na dbanie o nieco wyższy poziom językowy wypowiedzi. Serwis NDO ma do wyboru albo zrezygnować z moderacji - na takiej zasadzie funkcjonuje np. Salon24, albo wprowadzić moderację. Pierwsze rozwiązanie ma swoje wady, ponieważ nie wszystkie materiały publikowane w serwisie będą reprezentowały wysoki poziom. Słowem, grozi zaśmiecenie. Jednak można ten efekt zneutralizować przez promowanie najlepszych tekstów na stronie głównej. Rozwiązanie drugie teoretycznie pozwala dbać o poziom. Czemu teoretycznie? Ponieważ jeśli w praktyce za moderację biorą się osoby, które nie są polonistami lub zawodowymi dziennikarzami, to moderacja staje się bardziej narzędziem kontroli, niż pomocą. Z jednej strony publikowane teksty i tak będą zawierać dość rażące błędy, z drugiej strony moderatorzy łatwo będą mogli ulec pokusie ingerowania w zawartość merytoryczną tekstu, a nawet poglądy autora. Moderator-amator, nie-dziennikarz, nie będzie wiedział, co zrobić, kiedy w moderacji pojawi się materiał opisujący przekręty jakiś lokalnych watażków, czy pokazujący nieznane dokumenty dotyczące przejęcia Stoczni Gdańskiej. Nie będzie wiedział dlatego, że nie jest dziennikarzem i nigdy nie pracował w prawdziwej redakcji. Jeśli chce wiedzieć, jak zareagować (a musi, jeśli strona ma mieć cokolwiek wspólnego z dziennikarstwem obywatelskim), będzie musiał się "sprofesjonalizować". Robota redaktora naczelnego nie jest robotą dla amatora.

Idea

Z wielu problemów, których tu nie poruszę, jest jeszcze trzeci, bardzo ważny: pytanie o to, jak serwis NDO odniesie się do dziennikarstwa obywatelskiego, czy dziennikarstwa w ogóle. To, co odróżnia dziennikarstwo obywatelskie od każdego innego, to fakt, że dziennikarz obywatelski opisuje zjawiska "od środka". On nie musi wnikać w daną społeczność, przebywać dłużej lub krócej w danym miejscu, czy środowisku. On z niego wyrasta. Dlatego dziennikarz obywatelski jest zawsze lokalny. Pisze o konkretnych problemach danej wsi, miasteczka, miasta, regionu. Wbrew pozorom nie wyklucza to poruszania bardziej ogólnych problemów. Jeśli w malowniczo położonej wiosce zagraniczny inwestor chce postawić elektrownię wiatrową z czterdziestu stumetrowych wiatraków, to problem nie dotyczy już tylko tej wioski - rozpoczyna się dyskusja na temat energii odnawialnej i szerszego problemu poszukiwania alternatywnych źródeł energii. Dziennikarstwo obywatelskie jest zatem sposobem opisywania świata od szczegółu do ogółu. Nie musi być bezstronne. Jeśli autor czuje, że powinien stanąć po stronie, którą uważa za słuszną, powinien to zrobić. Bo jest w pierwszym rzędzie obywatelem, który ma prawo do wyrażania na forum publicznym swoich poglądów i walki o to, co uważa za słuszne i pożyteczne dla społeczeństwa, a dopiero w drugim rzędzie jest dziennikarzem, i to w tym znaczeniu, że opisuje swoje doświadczenia jako obywatela. Nie wyklucz to jednak przedstawienia racji strony przeciwnej. Dlatego początkujący dziennikarz obywatelski potrzebuje fachowego wsparcia ze strony redakcji, moderacji...

Jak widać, dziennikarstwo obywatelskie jest pełne sprzeczności. Czy NDO jest w czymkolwiek lepsze od KDO? Myślę, że prawdziwą miarą nie są tu liczba odsłon, liczba użytkowników, liczba komentarzy. Chodzi przecież o to, żeby ktoś, kto nie jest dziennikarzem, miał wpływ na rzeczywistość. Jeśli jakiś tekst ułatwi komuś rozwiązanie jakiegoś problemu, stanie się przyczyną likwidacji jakiś nieprawidłowości lub zagrożeń, wpłynie na decyzje podejmowane przez władze, a może nawet uratuje komuś życie - to spełni swoje zadanie, niezależnie od miejsca publikacji. Bo w końcu celem najważniejszym jest możliwie najlepsze dotarcie do czytelnika, który podobnie jak my nie jest dziennikarzem, a styka się jako obywatel z tymi samymi problemami.

Archiwum bloga