08-07-09

Międzynarodowy trening kyudo w Obornikach Śląskich

Wrocławskie Stowarzyszenie Kyudo zorganizowało w ten weekend, w dniach 11-12 lipca w Obornikach Śląskich, kolejne seminarium pod patronatem Austriackiej Federacji Kyudo. Tak jak siedem miesięcy temu, prowadzili je mistrzowie kyudo: Diethard Leopold i Christian Ofenbauer. Przybyli goście z Czech (z Pragi i Cieszyna), różnych stron Polski (Łodzi, Pabianic, Warszawy, Szprotawy). Seminarium miało szczególny charakter.

Trening poświęcony był pamięci Tomka Czujowskiego, założyciela i głównego animatora działań naszego Stowarzyszenia. Odszedł 30 czerwca. Choroba rozwinęła się błyskawicznie, nie dając Mu żadnych szans. Tomek był osobą niezwykle energiczną i podejmującą wiele inicjatyw. Jedną z nich było seminarium. Na nas wszystkich spoczął obowiązek doprowadzenia do końca spraw organizacyjnych związanych ze szkoleniem. Można powiedzieć, że przeszliśmy wielki sprawdzian w najmniej spodziewanej sytuacji.

Niżej garść zdjęć z seminarium.

Przez cały czas trwania seminarium towarzyszyło nam zdjęcie Tomka umieszczone przy kamiza, honorowym miejscu w dojo, "siedzibie bogów"

Właściwy trening poprzedzony był medytacją

Następnie mistrzowie z Austrii dedykowali pamięci Tomka ceremoniał, w którym strzela się czterema strzałami do dwóch tarcz

Szkolenie rozpoczęło się od ćwiczenia sharei; okazało się, że do nadrobienia jest wiele zaległości

Później był czas na "wolne strzelanie"

Niedzielny poranek, drugi dzień szkolenia, był niezwykle słoneczny

Christian i Diethard udzielali łucznikom rad i wskazówek, korygowali błędy

W kai jest tylko łucznik i cel, a celem może być on sam

Nie mogło obyć się bez tradycyjnego zdjęcia pamiątkowego uczestników seminarium

W imieniu całego Wrocławskiego Stowarzyszenia Kyudo dziękuję za udział w seminarium, w którym sam uczestniczyłem tym razem jako tłumacz i fotograf, ale jednoczyłem się z innymi w wysiłkach duchowych. Chyba wszyscy się zgodzimy, że był to najlepszy sposób na upamiętnienie Tomka przez kyudoków w Polsce i naszych mistrzów z Wiednia. Dziękujemy!

26-06-09

Doorg zmienił serwer i domenę

Niedawno pisałem o różnych drogach rozwoju NDO. Teraz właśnie Doorg wkracza na nową drogę, przenosząc całą dotychczasową bazę danych na nowy serwer i nową domenę.

Kulisy tych przenosin odpowiadały z grubsza ostatnim zjawiskom atmosferycznym: były burzliwe i pełne grzmotów. To był właśnie czas, te ostatnie dwa tygodnie, kiedy ostatecznie kształtowała się grupa decyzyjna. Na początku (w październiku 2008 r.) uzgadnialiśmy, że będziemy tworzyć Radę Autorów. Rada Autorów miała być wybierana co jakiś czas przez wszystkie osoby zaangażowane w projekt, tj. Banitów, biorących udział w dyskusjach na zamkniętym forum. Warto przypomnieć, że jeszcze w zeszłym roku uformowała się rzeczywiście Tymczasowa Rada Autorów, której skład jednak nawet po wyborze się zmieniał. W pewnym momencie paraliż opanował wewnętrzną pracę Doorga. Ktoś musiał w tej sytuacji przejąć dowodzenie. Już wcześniej wotum zaufania większości Banitów otrzymał Maciek Lewandowski. On też, w wyniku ostatnich wydarzeń, stał się osobą faktycznie zarządzającą serwisem. I powinien nią zostać, jako rzeczywisty inicjator goździkowej rewolucji.

Kiedy doszło do realizacji projektu i inauguracji nowego serwisu, wówczas nieformalna jeszcze grupa zarządzająca wybrała moderatorów. Głównym kryterium wyboru nie była jednak merytoryczna ocena dorobku autora-banity, a jego poglądy na dziennikarstwo obywatelskie. W ten sposób Doorg zapewnił sobie homogeniczność grupy moderatorskiej, ale jednocześnie wykluczył większą różnorodność spojrzeń i prawdziwą wewnętrzną dyskusję na temat dziennikarstwa obywatelskiego, która toczy się zresztą od niemal początku istnienia tego zjawiska w Polsce (2006).

Także moje "nieprawomyślne" poglądy na dziennikarstwo obywatelskie wykluczyły mnie z grupy trzymającej moderację, jak nazwałem swego czasu to szacowne grono. Między innymi chodzi o to, że nie zgadzam się z tezą, że dziennikarz obywatelski musi być zawsze obiektywny i bezstronny.

Jeśli chodzi o obiektywizm, to w dziennikarstwie można jedynie (i powinno się) do niego dążyć. Siła mediów obywatelskich może jednak tkwić, moim zdaniem, w subiektywnym ujęciu tematu. Obiektywizm jako zasadę numer jeden lansować mogą ci, którym zależy na tym, żeby dziennikarstwo obywatelskie nie zagroziło pozycji tradycyjnych mediów. Stawiają więc dziennikarstwu obywatelskiemu wymóg obiektywizmu, w rzeczywistości niemożliwy do zrealizowania, jeśli ktoś pisze jako obywatel, a nie dziennikarz. Co więcej, w rezultacie powstaje paradoks: tradycyjne media pod pozorem obiektywizmu stają się coraz mniej obiektywne, a coraz bardziej stronnicze, a dziennikarstwo obywatelskie, kojarzone tak czy inaczej przez mainstream z amatorszczyzną i brakiem obiektywizmu, ma być ideałem obiektywizmu... Występuje więc rodzaj sprzężenia zwrotnego, które działa na korzyść dziennikarstwa obywatelskiego, ale dopiero w dłuższej perspektywie czasu. Coraz więcej czytelników będzie chciało po prostu poczytać obywatela Tego Atego, niż redaktora Tego Tamtego, bo obywatel Ten Aten, choć jasno opowiadający się po czyjejś stronie (na przykład w sporze między władzą gminy a wspólnotą mieszkaniową itp.), stara się trzymać się zasad, których każdy dziennikarz trzymać się powinien, a redaktor Ten Tamten stara się tylko udawać, że tych zasad się trzyma. Zatem nie obiektywizm, a przedstawienie (choćby w formie skrótowej) racji strony przeciwnej, powinno być regułą.

Wymaganie od dziennikarza obywatelskiego bezstronności jest już kompletnym nieporozumieniem. Jednym z podstawowych praw obywatelskich jest angażowanie się w różnego rodzaju formy aktywności i działalności społecznej. Stając się członkiem jakiejś grupy, czy społeczności (na przykład stowarzyszenia, komitetu itp.), obywatel staje się automatycznie stroną - na przykład w sporze z władzą samorządową itp. Jeśli jest dziennikarzem obywatelskim, jego prawem jest opisać sprawę tak, by przedstawić i poprzeć racje, które uznaje. Dzięki temu można dziś w prosty sposób zadać publicznie pytania o sprawy, które leżą w interesie danej społeczności. Zwykle pod takimi tekstami pojawiają się komentarze drugiej strony, które zarzucają autorowi stronniczość, jak choćby w przypadku materiałów Andrzeja Pieczyraka, Dziennikarza Obywatelskiego 2008 roku w konkursie Wiadomości24.pl. Ale jakiż to zarzut w sytuacji, kiedy autor walczy o sprawy ważne dla danej społeczności, musząc się choćby zmagać z urzędnikami różnych szczebli? Urzędnikowi też nikt nie zabroni pisać i publikować w internecie...

Pomimo różnych zastrzeżeń, będę obserwował Doorga z życzliwością, jako alternatywę wobec serwisów KDO. Jak wyglądają te ostatnie? No cóż, porównajcie schemat przedstawiający dziennikarstwo internetowe wczoraj a dziś ze stroną główną Wiadomości24.pl. Doorg będzie taki, jacy będą autorzy publikujący w serwisie. Czy zasłuży sobie na nowe rozszerzenie .info, jak również na dziennikarstwo obywatelskie w nazwie? Czy przyciągnie takich autorów, którzy nie będą obawiać się dobierać do prawdy? Czas pokaże...

25-06-09

Przerób ćwikły na polskich drogach

Dolny Śląsk. Małopolska. Beskid Żywiecki. Podhale. Gdzie ostatnio się nie ruszę, widzę to samo na naszych drogach. Widzę śmierć w oczach kierowcy jadącego z naprzeciwka samochodu, który musi zjechać na pobocze, żeby potencjalny morderca jadący równolegle ze mną zmieścił się "na trzeciego". Widzę ślady po zdzieranych oponach i odłamki tłuczonego szkła. A czasem widzę też krew.

Niestety, tak wyglądają polskie drogi. Z dreszczem myślę o chwili, kiedy będziemy mieli pełną sieć autostrad i dróg ekspresowych. Jeśli do tego czasu nie zaostrzy się w Polsce radykalnie kar za przekroczenie prędkości i jazdę po pijaku, to czeka nas prawdziwy koszmar. W krajach skandynawskich poradzono sobie z tym problemem w prosty sposób: na kierowców łamiących przepisy nałożono drakońskie kary finansowe. W związku z tym Polak w Norwegii doznaje wciąż zdumienia, kiedy stoi przed przejściem dla pieszych, a samochody jadące z obu stron zatrzymują się i nie ruszą, póki nie przejdzie.

A zatem po pierwsze - naprawdę wysokie kary. A może to za mało? Znajdą się pewnie kombinatorzy, którzy nie zapłacą... W takim razie za przekroczenie prędkości o sto procent wprowadźmy kategorię: usiłowanie morderstwa z wpisem do akt. Może to położy tamę szaleństwu na naszych drogach i będziemy rzadziej czytać doniesienia tego typu:
Aż siedmioro Dolnoślązaków zginęło w ten weekend na drogach. Najtragiczniej skończyła się podróż trzech dwudziestoparolatków z Wrocławia, którzy tuż pod swoim domem przy ul. Mickiewicza zginęli we wraku płonącego auta.
(Janusz Krzeszowski (naszemiasto.pl). Weekend na drogach Dolnego Śląska: siedmiu zabitych

Druga sprawa to kultura jazdy. Nawet wizja koszmarnych konsekwencji nie nauczy posiadaczy samochodów zasad życzliwości. To już jest prawdziwy problem: co zrobić z ta bandą buraków, która zagłusza swoje chamstwo głośnym upc-upc? Potrafią się przeciskać między pieszymi przechodzącymi na pasach na zielonym świetle. Potrafią przejeżdżać na czerwonym świetle i stać następnie na środki jezdni tamując kompletnie ruch. Potrafią trąbić na rowerzystę jadącego ścieżką rowerową przez skrzyżowanie. Potrafią wreszcie przy tym wszystkim wychylić się ze swojej wypasionej lub, co gorsza, zdezelowanej bryki i puścić wiązankę tak czystą, jak powietrze ze starej dętki.

Jaki jest sposób na buraki? Ćwikła lub barszcz. Ale czy pomoże ochrzan lub wlanie w d..., o przepraszam, w zupę? Wątpię. Bo u nas jest kult szybkiej, agresywnej jazdy, wyznawany jednogłośnie przez dealerów motoryzacyjnych, znane postaci pop-kultury, wielu publicystów i parlamentarzystów i kibiców Kubicy. Szkoda, że nie ma takiego samego kultu dobrej nawierzchni i sensownych znaków i przepisów drogowych. Dopóki taka sprzeczność będzie istnieć w mainstreamie, dopóty chaosu na polskich drogach nie da się ogarnąć.

Archiwum bloga